Wycieczko-pielgrzymka kl. IIIE, IIIB i IIID

w dniach 09.10.-14.10.2016 r. (zdjęcia)

Dzień 0.
Nastała godzina 20:01 (lub jej bliskie okolice). Wyjechaliśmy.

Dzień 1.
Większość uczestników intuicyjnie odebrawszy szeroki uśmiech Panów Mariana i Marka jako oznakę nadchodzących trudów, postanowiła spędzić noc w autobusie w nietypowy dla wycieczek sposób – śpiąc. Już pierwsze zderzenie z zimną rzeczywistością, gdy wypełzliśmy na wpół przytomni z ciepłego autobusu, utwierdziło nas w przekonaniu, że była to decyzja nad wyraz słuszna. Czeka nas niełatwa przygoda – nikt nie wątpił głosowi intuicji. Spacerowym tempem doszliśmy do Hali Kondratowej, gdzie po raz pierwszy w tym roku zetknęliśmy się z jednolitą pokrywą śnieżną. Długa wędrówka i perspektywa brodzenia w śliskim i mokrym śniegu zachęciła część grupy do pozostania w schronisku, więc w stronę Przełęczy Kondrackiej ruszyliśmy w niepełnym składzie. Na miejscu do dalszego podziału już nie doszło, mimo sceptycznego tonu przewodnika, który z ulgą zredukowałby liczbę zdobywców Giewontu o połowę. Na samym szczycie, po wymagającej wspinaczce niewzbudzającymi zaufania stopniami wydrążonymi w ubitym śniegu, jasne stały się przyczyny wątpliwości przewodnika (oraz opiekunów). Bo owszem zdobyliśmy Giewont (1894 m n.p.m.), ale dla zachowania płynności wędrówki, powinniśmy z niego zejść. A to wymagało, od w większości niedoświadczonych uczestników, wyrafinowanych umiejętności. Gdyby ktoś z dołu obserwował, jak nieudolnie walczymy, stawiając każdy kolejny krok, zaśmiałby się, a następnie zapłakał. Na nasze szczęście ścieżkę spowijała mgła, a widoczność wynosiła kilka metrów. W doskonałych humorach (wyrzut endorfin po zażegnaniu niebezpieczeństwa) wróciliśmy tą samą trasą do punktu startowego – Kuźnic. Rozgościliśmy się w Pensjonacie Karolcia (dla niektórych to zapewne drugi dom) i zjedliśmy kolację. Po kolacji nastąpiła … – integracja.

Dzień 2…

 

Po śniadaniu wyruszyliśmy w stronę Słowacji (autobusem rzecz jasna) i po paru godzinach dotarliśmy do Tatrańskiej Polianki. Żółty szlak poprowadził nas wzwyż, a z każdym metrem wysokości piękno krajobrazu rosło wykładniczo. Niestety sprawy miały się zupełnie inaczej z przyczepnością i już
w schronisku Horský hotel Sliezsky dom ryzyko wywinięcia orła przekraczało zalecane normy. Wobec tego, dokonała się szeroko zakrojona selekcja – do dalszej wędrówki dopuszczono tylko odpowiednio ubranych. Głos rozsądku budził się ociężale w młodzieńczych umysłach i elitarna grupa stopniowo traciła na liczebności. Niemały udział miały w tym troskliwe pytania retoryczne przewodnika: „Osiemnaście lat macie? Jesteście ubezpieczeni?”; i jego bezzwłoczna odpowiedź: „to możecie umierać”. Najodważniejsi z odważnych rozpoczęli wędrówkę na Poľský hrebeň, 2200 m n.p.m. lub Vychodna Vysoka (2429 m n.p.m.). My zaś podbudowaliśmy morale i nadszarpnięte ego w schro-nisku i po niedługim czasie wyruszyliśmy w drogę powrotną. Tuż po wyjściu na zewnątrz przygarnęliśmy wykruszoną z Grupy Rakowej (jednym z wymogów było posiadanie raków) parę uczniów, do których rozsądek przemówił z dużym opóźnieniem. Schodzenie okazało się wyjątkowo przyjemne, na tyle przyjemne, by niektórych na powrót zmienić w siedmioletnie dzieci, które
z uśmiechem na twarzy przewracają się, zjeżdżają na tyłku, podskakują i znów lądują na ziemi, by kontynuować bezsprzecznie najefektywniejszy sposób poruszania się w dół. Podczas gdy my bawiliśmy się wyśmienicie, Grupa Rakowa walczyła o utrzymanie pionu i przy okazji życia, przy akompaniamencie wiatru i wśród kilkumetrowych sopli. My przedzieraliśmy się przez kosodrzewinowe tunele, oni gonili Pana Mariana (kto chodził z nim kiedyś po górach, ten dostrzeże kontrast). My braliśmy rozpęd i pokonywaliśmy kolejne strome zakręty ślizgiem, oni z rozpędu znaleźli się pomiędzy Poľský hrebeň a Vychodna Vysoka na wysokości 2234 m n.p.m. Gdy już wszyscy wsiedli do autobusu można było wyróżnić dwie grupy – tych zadowolonych i tych wyjątkowo zadowolonych (i wyjątkowo zmęczonych). Po upragnionym posiłku w „Karolci” mieliśmy czas wolny, który spożytkowaliśmy na regeneracje i/lub degeneracje.

Dzień 3.

Kolejna wizyta u naszych południowych sąsiadów rozpoczęła się dość niepokojącym akcentem. Po paru godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce, wysiedliśmy z autobusu i ruszyliśmy ku… nie ku przygodzie, a w stronę autobusu. Z przerażeniem skonstatowaliśmy, że znajdujemy się w stanie delokalizacji. Minęło kilkanaście minut na kilkanaście poprawek i na ustalenie gdzie w istocie znajduje się nasza destynacja. W końcu ustaliliśmy i będąc już na miejscu (tym razem ostatecznie), z miejsca ruszyliśmy, by poznać nieznane. Na leśnej ścieżce początkowo panowały warunki jesienne, które
z czasem ustępowały aurze zimowej. Zanim jednak postawiliśmy pierwszy krok na prawdziwie ośnieżonej trasie, dokonał się tradycyjny podział. Zaoferowano nam wizję rychłej śmierci oraz pionowych ścian i skuszono tym samym niemałą grupę. Trwaliśmy w przekonaniu, że część tej grupy kieruje się odwagą, a część brakiem rozsądku, ale jakiś czas później przewodnik z charakterystyczną dla niego manierą wyjaśnił, że te dwie cechy nie występują w naszym przypadku rozdzielnie. Uwolniwszy się od morderczego (bynajmniej nie dla ciała) tempa przewodniczej grupy, podążyliśmy w ślad za Panem Marianem. Nim ktokolwiek zdołał skonstruować w głowie zgrabną myśl, która wyraziłaby piękno miejscowego krajobrazu, znaleźliśmy się w malowniczo położonym schronisku. Mieliśmy spory zapas czasu, więc mogliśmy całkiem dostatnio wypocząć. W tamtej chwili relaks zdawał się koniecznością, bo Rakuska Czuba z dołu wyglądała na całkowicie niedostępną. Ale nic to, ruszyliśmy. Ze ścieżki, wijącej się wzdłuż stoku, dostrzegliśmy ruchome prawie-punkty, wyłaniające się, to zaraz niknące za drzewami i doszliśmy wspólnymi siłami do wniosku, że są to nasi starzy towarzysze, pędzący w stronę ich dzisiejszego celu – schroniska. Narodziły się nawet wśród nas śmiałe hipotezy – może to my będziemy na nich czekać w autobusie? – które odwracały zaplanowany bieg wydarzeń. Przypuszczenia te okazały się błędne, podobnie jak obawy dotyczące stopnia trudności podejścia. Niewątpliwie sprzyjał nam śnieg, dzięki któremu wchodziło się łatwo
i bezpiecznie, bo zamiast śliskich obłych kamieni stąpaliśmy po twardej, ale dającej się formować pokrywie. Przy podchodzeniu otaczała nas ogromna chmura, jednak dzięki zastosowaniu odpowiednich szamańskich procedur i użyciu artefaktu zwanego Palcem Mocy mogliśmy przez moment (nie należy nadużywać Mocy) rozkoszować się widokiem bajecznej tatrzańskiej krainy. Chowając się z powrotem w szarą chmurę, zdobyliśmy Veĺká Svišťovka (Rakuską Czubę). Zejście,
a raczej zbieg do schroniska dał nam dodatkową godzinę wyprzedzenia, więc rozłożywszy się wygodnie na schroniskowych ławkach, zapuściliśmy w nich korzenie i podziwialiśmy zza okien monumentalne skalne masywy. Oniemiali z wrażenia wróciliśmy do autobusu i jeszcze w środku
z rozrzewnieniem wspominaliśmy niedawne obcowanie z pięknem. Wróciliśmy do „Karolci”. Kolacja wyznaczyła kolejne pasmo przeżyć, nastał po niej bowiem czas moralnego niepokoju.

Dzień 4.

Ostatni dzień górskiej przygody (choć nie ostatni dzień wycieczki) miał być wyjątkowo męczący, ponieważ żądnych fizycznych katusz czekało prawie 30 km wędrówki. Tym razem obrane cele były bardzo typowe dla tatrzańskich grup zorganizowanych: Wodogrzmoty Mickiewicza dla wszystkich, dla tych, którzy nie mieli ochoty na przemęczenie – Morskie Oko, a dla masochistów – Dolina Pięciu Stawów i  Szpiglasowy Wierch. Podzieleni na grupy, ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Przedsionek Doliny Pięciu Stawów prezentował się majestatycznie, sama Dolina potraktowała nas po macoszemu serwując milion hektolitrów gęstej mgły. Dalej krajobraz ujednolicił się jeszcze bardziej i szliśmy przez biały śnieg w białej mgle. Przecieranie szlaków i nawigowanie w jednokolorowej przestrzeni okazało się zadaniem zbyt trudnym, głównie przez to, że nikt nie pofatygował się, by ustawić orientacyjne tyczki na szlaku (nie przewidziano opadów śniegu?). Niestety marzenia o Szpiglasowym Wierchu umarły śmiercią naturalną (lepiej one niż my), ale zaraz padła kusząca propozycja przejścia na Morskie Oko. W pewnym punkcie kazano nam się cofnąć (domniemam, że kilka metrów), lecz my jako zapaleni młodzieńcy rzuciliśmy się biegiem w stronę najbliższego rozstaju dróg. Bez odgórnie narzuconych limitów prędkości pokonaliśmy dłuższy odcinek, zatrzymała nas jednak bitwa na śnieżki zainicjowana przez kolektyw agresorów. Naszych uszu doszły heretyczne krzyki o głupkowatej treści: Wracajcie! Itp. Początkowo nikt się specjalnie nie przejął, ale merytoryczna wymiana zdań z odległości kilkudziesięciu metrów oraz wysłana z dalekich stron delegacja, zaszczepiły w naszych sercach wątpliwość. Wróciliśmy, wysłuchaliśmy nagany od Pana Mariana (przewodnik zapewne wygłosiłby manifest o istocie debilizmu) i podreptaliśmy dalej. Po drodze zaliczyliśmy zaledwie namiastkę Szpiglasowego Wierchu – Świstówą Kopę 1875 m n.p.m.. Kolejne było Morskie Oko. Do opisu chluby Polskich Tatr, które odbijało się niebieską tonią w niskie chmury i rozchodziło się mlecznie po pobliskich szczytach, należało by zatrudnić wykwalifikowanego poetę. Niemniej, nasze nastroje nie były wcale poetyckie, ponieważ czekała nas rywalizacja o Rekord Zejścia z Morskiego Oka Do Szlabanu Bez Zbiegania (Chyba Że Na Finiszu). Na trasie można było spotkać służącego merytorycznym wsparciem przewodnika, który przy pomocy zwięzłych epitetów streścił nam genezę wyścigu. Zaszczytny tytuł zwycięzcy zdobył Piotr Wasilewski (52 min), tuż zanim zaklasyfikował się Piotr Tomczyk (54 min), trzecie miejsce uzyskał zaś Bartłomiej Osowski. Ta wspaniała trójka z klasy 3B dochodziła do doskonałej formy pod okiem wychowawcy Marka Gałaszewskiego, który w wyścigu również osiągnął godny podziwu rezultat. Warto dodać, że pewna grupa uczniów, wykazawszy się niedodatnim sprytem, zboczyła z wyznaczonej trasy i tym samym zwiększyła sobie kilometraż. Wróciliśmy do gościńca, spożyliśmy ostatnią wieczerzę. Wieczór przyniósł spodziewane zagrożenie – Zieloną Noc, ostateczną próbę dla naszej moralności.

Dzień 5.

Śniadanie, potem: wzruszenie, wręczenie nagród, podziękowania, śmiech, radość i ogólna satysfakcja. Wycieczka ma się ku końcowi i nikt chyba nie wątpi, że był to czas niesamowitych przygód, spędzony w gronie świetnych ludzi. Na Krupówkach zaopatrujemy się w żywność (głównie wędzony ser w zmyślnych kształtach) i pozostawiamy Zakopane i „Karolcię” daleko za nami. Zatrzymujemy się w Wadowicach. Z braku czasu tylko na kremówki. Kilka godzin później dojeżdżamy do Oświęcimia. Tam tempo naszej wycieczki wyraźnie spada, wszyscy zanurzają się w czarnej przeszłości Auschwitz – Birkenau i starają się dojrzeć tam cokolwiek, co mogliby sobie w pełni wyobrazić. Nikt nie potrafi. Każdy szuka w głowie najstraszniejszych wspomnień, najobrzydliwszych obrazów, najpodlejszej chwili. Ale jak mają się wycinki z wygodnickiego życia do wielomiesięcznego zezwierzęcenia w parszywej nędzy? Wychodzimy stamtąd rozgoryczeni i z poczuciem obcowania
z czymś dla nas niepojętym. W autobusie stopniowo odnawia się radosna atmosfera i do Częstochowy przybywamy z uśmiechami na twarzy. Mamy jeszcze chwilę na błądzenie po chrześcijańskim centrum Polski i na odnalezienie swoich niewycieczkowych kompanów (na pielgrzymkę zjechały się licea z dwóch diecezji, w tym 1LO im. Marii Konopnickiej). Nadchodzi
w końcu czas na rachunek sumienia, rekonstrukcję moralności i modlitwę. Każdy czyni to we własnym zakresie. O godzinie 0:31 pojawiamy się w autobusie, a około 8 rano w Suwałkach.

Wraz z nami zmagali się z trudami i radościami wycieczko-pielgrzymki:

Marian Malinowski – kierownik i wyłączny użytkownik Palca Mocy,

Grażyna Bogdanowicz wraz z Marzeną Markowską – reprezentujące część piękną Rady Pedagogicznej

Marek Gałaszewski – niestrudzony wędrownik.

Piotr zdobywca

 

Jedna odpowiedź dla “Wycieczko-pielgrzymka kl. IIIE, IIIB i IIID”

  1. Piotr napisał(a):

    Piotrze Zdobywco, kimkolwiek jesteś – maszze talent.

Zostaw odpowiedź